Jeff Dillon in his studio after years of daily practice as a full-time Canadian fine art painter

Prawda o byciu artystą na pełen etat

Czego 16 lat codziennej pracy jako artysta na pełen etat nauczyło mnie o kreatywności, dyscyplinie i wytrwałości. Bycie artystą na pełen etat nie wygląda tak, jak wyobraża to sobie większość ludzi. To nie jest życie pełne inspiracji i wolności, choć te elementy również się w nim pojawiają. To także dyscyplina, niepewność, długie okresy pracy, które nie przynoszą rezultatów, oraz nieustanne wyzwanie, jak zbudować coś trwałego na bazie czegoś głęboko osobistego. Po czternastu latach codziennego zajmowania się tym nauczyłem się o wytrwałości więcej, niż kiedykolwiek się spodziewałem. To szczere spojrzenie na to, jak naprawdę wygląda takie życie.

Wolisz słuchać?
Kliknij tutaj, aby odtworzyć tekst w aplikacji Substack

Ludzie wyobrażają sobie życie artysty jako wolne od reguł i pełne inspiracji. Późne wstawanie, kawa w dłoni, oczekiwanie na nadejście muzy. A potem może, gdy światło pada idealnie, stworzenie czegoś genialnego podczas jednej sesji.

Brzmi bezwysiłkowo. Wręcz pięknie.

Nowa pracownia artystyczna w 2024 roku

Ale przez ostatnie 14 lat niemal codziennie stawałem przed płótnem — nie wtedy, gdy miałem na to ochotę, nie wtedy, gdy byłem zainspirowany, lecz dlatego, że praca musiała zostać wykonana. Z czasem ta dyscyplina stała się czymś znacznie więcej niż nawykiem.

To nie jest opowieść o pogoni za kreatywnością. To opowieść o tym, co się dzieje, gdy budujesz wokół niej swoje życie…

Stara domowa pracownia, z której korzystałem przez 11 lat

W październiku 2024 roku po raz pierwszy od rozpoczęcia malowania przeniosłem się do osobnej pracowni. Wcześniej pracowałem w kącie sypialni, zazwyczaj późno w nocy, po całych dniach pracy i wszystkim innym, czego wymagało ode mnie życie. Malowałem w ciszy, podczas gdy reszta domu spała.

Kiedy w 2022 roku zostałem artystą na pełny etat, wiedziałem, że potrzebuję czegoś innego. Przestrzeni, która odpowiadałaby skali tego, co tworzę. Znalazłem ją w liczącej 120 lat dawnej fabryce obuwia w Kitchener w Ontario w Kanadzie. Wysokie sufity na moje największe sztalugi. Drewniane podłogi, które niosą ciężar czasu. Belki nade mną i dwa ogromne okna, które teraz przepełniają rośliny. Tego nie planowałem, ale stało się to jedną z rzeczy, na które czekam każdego ranka.

Teraz, gdy otwieram drzwi, reszta świata zostaje na zewnątrz. Jest cicho. To moje miejsce. To tutaj zaczyna się praca.

Z czasem wypracowałem rytm, który wszystko spaja. Pod koniec każdej sesji porządkuję przestrzeń. Odkładam pędzle na miejsce, a farby przygotowuję w ilości wystarczającej, by być gotowym do kolejnego ruchu. Kiedy rano wchodzę do pracowni, nie muszę podejmować żadnych decyzji. Wiem już, od czego zacząć.

Zwykle maluję od czterech do sześciu godzin dziennie. To nie jest delikatna praca. Ludzie często wyobrażają sobie malowanie jako coś kojącego, niemal medytacyjnego. Prawda jest jednak taka, że wielogodzinne stanie przed dużym płótnem, dzień po dniu, jest wysiłkiem fizycznym. Wymaga skupienia. Obciąża ciało. Co 30–45 minut ustawiam minutnik, żeby się rozciągnąć albo poruszać. Robię kilka ćwiczeń z lekkimi ciężarkami. Trochę chodzę po korytarzu, żeby odświeżyć wodę. Bez tego wypaliłbym się albo doznał kontuzji.

Same pomysły rzadko przychodzą do mnie podczas malowania. Pojawiają się, gdy spaceruję. Albo w łóżku, tuż przed zaśnięciem. Wysyłam sobie krótkie notatki, e-maile albo obrazy. Później, podczas intensywnych dni administracyjnych, wracam do nich i przeglądam je. Czasem znajduję w nich inspirację z e-maila albo zdanie, o którym zapomniałem, że je zachowałem. Gdy kończę obraz, przeglądam te notatki i sprawdzam, co mnie przyciąga. Najczęściej jest to coś, o czym zapomniałem. Kolejny obraz rzadko jest tym, co miałem na myśli, ale zawsze jakoś wydostaje się na powierzchnię.

Początek malowania często wydaje się niezręczny. To jak próba zaśnięcia w nieznanym otoczeniu. Nie czujesz się jeszcze w pełni swobodnie. Wciąż myślisz. Jednak z upływem godzin coś się zmienia. Linie zaczynają trafiać na właściwe miejsce. Kolory zaczynają płynąć tak, jak powinny. W końcu całkowicie zanurzam się w pracy i mam ochotę malować aż do późnej nocy.

Nie robię tego.

Lata malowania nauczyły mnie kończyć, zanim wyczerpie się energia. Nawet gdy jestem całkowicie pochłonięty pracą, wiem już, że zbyt mocne naciskanie ma swoją cenę. Najtrudniejsza część obrazu przypada na środek. To wtedy pierwotny pomysł zaczyna się zmieniać. Znajdujesz się pomiędzy obrazem, który sobie wyobraziłeś, a tym, który faktycznie się wyłania. To niewygodne, ale właśnie wtedy decyzje mają największe znaczenie.

Dobry dzień jest klarowny. Wyznaczam sobie cel i go realizuję. Dopieszczam niebo. Dostosowuję światło. Pozwalam pędzlowi wprowadzić w drzewa dokładnie tyle ruchu, ile trzeba.

Zły dzień? To zazwyczaj taki, w którym nie udaje mi się odnaleźć rytmu. Zbyt wiele drobnych rzeczy odciąga moją uwagę na boki. Godziny mijają bez głębokiego skupienia, którego potrzebuję.

Nawet kiedy nie maluję, pracuję.
Wiadomości. Zamówienia na odbitki. Wysyłka. Aktualizacje dla galerii. Media społecznościowe.

Nie wygląda to jak odpoczynek, ale rytm jest inny… i to pomaga. Wracam do płótna bardziej skupiony, a nie mniej.

Kiedy zacząłem malować codziennie, nadal pracowałem na więcej niż pełny etat. Malowałem od 20:00 do północy, a czasem jeszcze dłużej. Rezygnacja z tej pracy, aby w pełni poświęcić się sztuce, była ogromnym krokiem. Nie było pensji, zabezpieczenia ani mapy. Mimo to zobowiązałem się, że będę się stawiać do pracy.

Teraz pracuję siedem dni w tygodniu: maluję, zarządzam działalnością, koordynuję dostawy, odpowiadam na wiadomości i dbam o to, by wszystko działało. Minęły lata, zanim znalazłem rytm, który pozwalał to wszystko udźwignąć, ale na razie działa. To może się zmienić, a jeśli tak się stanie, dostosuję się. Ludzie często są zaskoczeni tym, jak uporządkowany jestem, ale dla mnie to jedyny sposób, by to życie mogło się spinać. Planuję, korzystam z systemów i wykonuję zadania. Przez większość dni robię pracę kilku osób… nie po to, by komukolwiek imponować, lecz dlatego, że właśnie tego wymaga ta praca.

To, co sprawia, że da się tak żyć na dłuższą metę, to wsparcie. Mój partner i dalsza rodzina rozumieją, czego to życie naprawdę wymaga — zarówno praktycznie, jak i emocjonalnie. Tego rodzaju wsparcie ma większe znaczenie, niż większość ludzi zdaje sobie sprawę.


Najbardziej pomaga mi nocne chodzenie. Jest cicho. Patrzę w gwiazdy, słucham wiatru, drzew i owadów. Mój umysł zwalnia. Znów czuję się sobą.

Czasem zastanawiam się, co straciłem, malując tak dużo. Życie jest pełne chwil i wiem, że niektóre z nich mnie ominęły. Ale malowanie to jedyna rzecz, która zawsze mi towarzyszyła. Zajmuję się nim od dzieciństwa. Nie sądzę, żeby to miało się zmienić.

Większość ludzi prawdopodobnie zdziwiłaby się, ile czasu zajmuje stworzenie każdego obrazu. Mój styl opiera się na warstwach. Są w nim rysunek liniowy, dopracowywanie kształtów, subtelne równoważenie kolorów — a także wiele odsuwania się od obrazu, zanim znów zrobię krok naprzód. Często chciałem malować szybciej. Pomysły pojawiają się szybciej, niż jestem w stanie za nimi nadążyć. Nauczyłem się jednak akceptować, że mogę zrobić tylko tyle, ile mogę, i że powinienem robić to uczciwie.

Wolałbym pozostawić po sobie mniej obrazów, które w pełni oddają mnie, niż stworzyć więcej takich, przez które pospiesznie przebrnąłem tylko po to, by pozostać zajętym.

Społeczności, które powstały wokół mojej twórczości — w internecie, galeriach i osobiście — wiele dla mnie znaczą. Jestem wdzięczny za każdą z nich. Prawda jest jednak taka, że ich zbudowanie nie było łatwe. Dzielenie się sztuką w internecie wymaga więcej, niż ludzie sobie wyobrażają. Media społecznościowe nie chcą tylko twojej pracy. Chcą twojej obecności. Twojego czasu. Twojej energii. W trudne dni ma się wrażenie, że zabierają wszystko, zanim w ogóle weźmie się do ręki pędzel.

Mimo to właśnie tam narodziły się prawdziwe więzi. Ludzie, którzy od lat po cichu śledzą moją twórczość. Kolekcjonerzy, którzy odkryli moje prace dzięki jednemu postowi. Wiadomości od nieznajomych, którzy dostrzegli w obrazie coś, co miało dla nich osobiste znaczenie. Takie wsparcie docierało do mnie w chwilach, gdy najbardziej go potrzebowałem. To dodatkowa energia, której potrzebuję, by utrzymać równowagę.

Jeśli próbujesz zbudować codzienną praktykę artystyczną, oto czego się nauczyłem. Zorganizuj się. Naucz się zarządzać swoim czasem, energią i pieniędzmi. Zrozum biznesową i finansową stronę działalności, nawet jeśli na początku wydaje się to niewygodne. Zbuduj rutynę, która działa w twoim przypadku, i konsekwentnie się jej trzymaj.

Co najważniejsze: nie spiesz się. Nie porównuj swojej pracy z pracą innych.

To twoje życie. Wypełnij je rzeczami, z których możesz być dumny.

~Jeff